Mówi Dominik Księski



    "Wulkan" - pismo podziemne, choć wydawane, gdy już podziemia nie było. Dziennik, tygodnik, miesięcznik - wybuchowy i zebraniowy, globalny i lokalny, z dodatkami i bez. Zazwyczaj droższy niż "Gazeta Wyborcza", za cztery numery można było kupić litr żółtej, 51 razy tańszy od kilograma schabu.

Dorota Księska: - Wydaje się, że numer wstępny "Wulkanu", ten, który dziś uznawany jest za pierwszy, a który nie był numerowany, nie był zaplanowany jako pierwsza część periodyku. Dlaczego więc zdecydowałeś się wydać drugi numer?
   Dominik Księski: - Opracowaliśmy projekt statutu Komitetu Obywatelskiego i trzeba go było tak czy inaczej powielić. Drugą przyczyną był sukces - także finansowy pierwszego numeru, który szedł jak ciepłe bułki.
- Przecież był sprzedawany tylko na zebraniu KO?
- Tak, ale tam było około 50 osób.
- Dla kogo pisałeś?
- Była to gazeta z wyraźnie określonym odbiorcą wirtualnym. Byli nim członkowie KO oraz ludzie sympatyzujący z olbrzymim nurtem społecznym zmieniającym ustrój.
- Jaki miałeś cel wydając "Wulkan"? Kogo lub co chciałeś zmienić?
- Pytanie jest tendencyjne.
- Tak jak sam "Wulkan".
- Zależało mi na tym, by pismo było niezwykle aktualne - najlepiej udało się to w pierwszym numerze, gdzie ludzie mogli czytać o tym. co dzieje się teraz ("Dziś /.../ odbywa się zorganizowane przez Komitet Obywatelski spotkanie poświęcone przedstawieniu treści wykładów, których konspekty drukujemy"). Wulkan powstał na wzór informacyjnych pism podziemnych, ale miał też pewne cechy gazety alternatywnej. Wulkan był spontaniczną erupcją mej energii życiowej i dalszym ciągiem mojej aktywności w podziemnych strukturach Solidarności, których to struktur na jesieni 1989 roku już nie było.
- To przyczyny powstania pisma. A gdzie cel? Czy "Wulkanowi" nie przyświecał żaden cel?
- Oczywiście, że przyświecał. Pierwszy numer miał bardzo jasno określony cel - uporządkować ludziom informacje o samorządzie terytorialnym, jakie przez półtorej godziny przekazywałem ustnie - a z doświadczenia przewidziałem, że nikt nie będzie notować. Chciałem więc, aby wyszli z kartką, która porządkowałaby to, co powiedziałem. I tak już zostało. To był jeden z celów wydawania Wulkanu - porządkowanie informacji o rzeczywistości społecznej, która nas otacza, umożliwienie komunikacji społecznej i - trzeba to powiedzieć - udział na pierwszej linii frontu walki politycznej, jaka się wówczas toczyła: między władzami lokalnymi, pochodzącymi ze starego rozdania, a ludźmi tworzącymi demokratyczną przemianę kraju. Tu warto zauważyć, że niektórzy ludzie byli naraz po obu stronach, ale to już temat na zupełnie inne wspomnienia.
- W jaki sposób wybrałeś tytuł pisma?
- Gdy moja siostra Ania była w ósmej klasie podstawówki, produkowała wraz ze swoją koleżanką Agnieszką Szerer pod ławką gazetę formatu A5 o nazwie Wulkan. Pismo wydawały w jednym egzemplarzu, w ciągu lekcji obiegało klasę (i zazwyczaj ginęło), a na następnej lekcji wydawały następne. Było aktualne, nie bało się władzy (szkolnej), dowcipne, bez autocenzury, zajmowało się tym, co się działo wtedy w Ani klasie. Ten pierwszy Wulkan w rodzinie często wspominamy. Tytuł był świetny i bez namysłu położyłem go na pierwszej kartce gazety, uprzednio uzyskując na to zgodę pierwszego wydawcy tej gazety - Ani.
Gdy robiłem konspekt wykładów, absolutnie nie myślałem o żadnej gazecie. Ale gdy go już zrobiłem, wpadło mi na myśl, że jeśli będzie rozdawany jak jak bibuła - której już wtedy nie było - to można dla żartu nadać jakiś tytuł, aby ludzie przypomnieli sobie czasy sprzed pół roku. Gdy nadałem ten tytuł, dopisałem kilka informacji bieżących, dodałem stopkę redakcyjną, datę i dwie środkowe strony (przedruk tabelki o prawach człowieka i własne zestawienie porównujące systemy wyborcze).
    Gazeta powstała tak, jak się nazywała: nagle, w sposób niekontrolowany.
- I była tęsknotą za podziemiem, o czym mówi podtytuł?
- Tak, aczkolwiek słowo podziemne odnosiło się już tylko do wiadomości z jaskiń, jakie w prawie każdym numerze się znajdowały. W trakcie rozwoju pisma okazało się, że tytuł jest też świetną metaforą sytuacji społecznej: ruchu, który wyszedł z podziemia na powierzchnię - "wszak nasz naród jak lawa..."
- Czy żałowałeś, że tak późno wydałeś Wulkan? Dlaczego nie zacząłeś przed 89 rokiem, w prawdziwym podziemiu?
- Jeszcze dzień przed ukazaniem się pierwszego numeru byłem przekonany, że Żnin jest za mały na to, by w nim wydawać jakąkolwiek gazetę. W latach 80. nigdy nie myślałem o tym, aby coś samemu wydawać. Wystarczyło mi drukowanie ulotek i gazet na sitodruku oraz ich kolportaż.
- Jakich gazet?
- Pamiętam Niepodległość - bodajże KPN-owską i rolnicze pismo Żywią i bronią - nie pamiętam jednak przez kogo wydawane.
- Jak wyglądało wydawanie "Wulkanu" - pisanie, sklejanie? Ile czasu Ci to zajmowało?
- Na początku cała praca szła bardzo szybko. Gazeta miała małą objętość - czterostronicowy numer robiłem w 6-8 godzin. Pisałem na maszynie do pisania bezpośrednio z notatek na szpalty (wąskie paski papieru), czasami po drodze był brudnopis. Szpalty ciąłem nożyczkami i przyklejałem na czysty papier formatu A4.
W miejscu sklejenia robiłem retusz korektorem, by nie było podświetleń i niosłem do pana Rucińskiego do skserowania. On najpierw robił matrycę-matkę, zmniejszając format z A4 do A5, następnie kserował, pakował w szary papier i wystawiał rachunek.
    Po wydaniu numeru mieszkanie wyglądało jak po przejściu wojsk radzieckich: na podłodze ścinki druku, stosy nieumytych naczyń, blat biurka wybrudzony klejem, niepoukładane do pudełek kasety i szpule magnetofonowe. Czasem sprzątałem.
    Pod koniec wydawania gazety - gdy numery liczyły już 8-10-14 stron była to ciężka, wyczerpująca, całotygodniowa praca. Powiem tyle, że jadąc do Poznania zabierałem ze sobą maszynę do pisania a w czasie godzinnej przesiadki w Gnieźnie rozkładałem sprzęt w poczekalni i stukałem. Ludzie patrzyli na mnie jak na wariata. I mieli rację.
- Na początku "Wulkan" był niezależny i niedotowany. Później w stopce redakcyjnej pojawił się zwrot: "pismo niezależne, dotowane". W jaki sposób udało się utrzymać niezależność pomimo dotacji? Nie znałeś ofiarodawców? Nie byli bohaterami artykułów?
- Ofiarodawców oczywiście znałem, ale żaden z nich nie wspomagał gazety z tego powodu, aby mieć na nią wpływ. Niektórzy dotowali pismo z sympatii dla mnie; inni - z sympatii dla gazety. Do dziś bardzo im jestem wdzięczny.
- Czy masz jakichś wrogów lub miłośników z powodu "Wulkanu"?
- Do dziś wielbią pismo działacze organizacji pozarządowych z Warszawy, a przeciwników politycznych z tamtych czasów nie nazwałbym wrogami. Ludzi z Warszawy pismo urzekło dowcipem, językiem, wyrazistością i punktem spojrzenia na rzeczywistość.
- A jaki to punkt?
- Optymistyczny.
- Czy były naciski polityczne na redakcję "Wulkanu"?
(chwila ciszy, ciężkie westchnienie)
- Niewielkie, ale były.
- Z której strony?
- Nie były to naciski ze strony władzy lokalnej, ani ze strony partii (zjednoczonej i robotniczej). Wiedzieli, że i tak nic nie wskórają.
- A z jakiej?
- Miałem kilka trudnych rozmów ze "swoimi". Ale to normalne. Była gazeta, pisała co chciała, nie wszystkim się wszystko podobało.
- Jak oceniasz fakt pisania listów przez naczelnika Miasta i Gminy Żnin do redakcji pisma, które w założeniu było podziemne?
- Bardzo mi się to podobało. Przecież zawsze chodziło o dialog społeczny.
- Czy liczyłeś się z tym, że wulkanowe artykuły mogą wywołać taką reakcję?
- Wydawało mi się, że naczelnik jest przewrażliwiony, ale podobało mi się to, że napisał, co myślał, bo przecież o to chodzi.
- Czy zaistniałyby "Pałuki" bez "Wulkanu"?
- Pałuk bez Wulkanu nigdy by nie było. Po pierwsze - redagując Wulkan popełniłem mnóstwo błędów, a ich popełnienie ustrzegło mnie od popełnienia tych samych błędów w Pałukach.
- Jakie to błędy?
- Głównym błędem była stronniczość gazety, adresowanie jej do wąskiego kręgu odbiorców, chaos redakcyjny, nieregularność ukazywania się, praca na wariackich papierach... Oczywiście te rzeczy kształtowały niepowtarzalny charakter Wulkanu.
Po drugie nie odważyłbym się założyć drukowanej w prawdziwej drukarni gazety bez tego doświadczenia redakcyjnego, którego nabyłem w Wulkanie. Po trzecie - jedna czwarta funduszy, z których założyłem Pałuki - była nagrodą z fundacji IDEE z Warszawy.
- Czy jest jakiś wulkan, który jest Ci bliski?
- Oczywiście. Największy sentyment mam do numeru 17. Dyskusja nad tym, co po rozwiązaniu PZPR zrobić z ich żnińską siedzibą i późniejsza rezygnacja Zdzisława Małeckiego z funkcji przewodniczącego Rady Narodowej były punktem kulminacyjnym działalności żnińskiego Komitetu Obywatelskiego. Udało się tę historię na łamach kilku numerów do bólu prawdziwie opisać. Wcześniej, ani później nie było tak spektakularnego sukcesu KO.
- Ale mi chodziło o wulkan bez cudzysłowu. Czy masz jakiś ukochany wulkan, którego krater chciałbyś zobaczyć?
- Elbrus na Kaukazie. Ale uspokoi się tam pewnie dopiero, jak będę już dziadkiem. Dużo czytałem o wulkanach we francuskim Masywie Centralnym. Ale góry lubię niezależnie od tego, czy są wulkanami czy nie.
- Dziękuję za rozmowę.
- Ja również.

Z DOMINIKIEM KSIĘSKIM
rozmawiała
DOROTA KSIĘSKA
Pałuki nr 400 (42/1999)
Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj. Ogłoszenia i reklamy są materiałem zleconym, za ich treść odpowiedzialność ponosi ich nadawca, a nie redakcja lub wydawca gazety.
Copyright 2006-2018 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry