Części do zachodnich maszyn rolniczych - PHU Tomasz Nowak

   
    W gazecie najważniejsi są ludzie. Pytacie nas państwo często, ile osób pracuje w "Pałukach". Odpowiedź nie jest łatwa. Zatrudnionych etatowo jest pięć osób (stan na grudzień), w tym jedna na pół etatu. Stałych współpracowników doliczyliśmy się w grudniu siedemdziesięciu. Dziś opowiemy Wam, jak niektórzy z nich trafili do "Pałuk". Będzie to więc prawdziwa opowieść o tym, jak powstawała nasza gazeta.  


    Gazeta jest jak to drzewko choinkowe. Na samym szczycie jak gwiazda przyświeca wszystkim sam naczelny. ("Niezły panegiryk. Ale nie skreślam. Ostatecznie jest wolność druku...") Igiełki i bombki - to ci, co piszą. Gałęzie - sekretariat, skład i łamanie. Korzenie - to ci współpracownicy, których nie widać, ale bez nich gazeta nie mogłaby funkcjonować - druk, kolportaż, akwizycja reklam, transport.
    Głos więc oddaję najpierw naczelnemu - czyli Dominikowi Księskiemu. Opowie państwu, co spowodowało, że zajął się działalnością prasową. A było to tak:
    - "Nigdy nie myślałem o tym żeby wydawać gazetę. We wrześniu 1989 roku do Komitetu Obywatelskiego w Żninie przyszło zaproszenie na seminarium poświęcone samorządowi terytorialnemu. Odbywało się w Koninie. W ogóle mnie to nie interesowało (jakieś urzędy...), ale nikt nie miał ochoty jechać. Zgłosiłem się więc na zasadzie - to już pojadę. Tam pośród licznych, bardzo ciekawych wykładów, dotyczących nieznanego jeszcze wtedy pojęcia jakim jest samorząd terytorialny, wystąpił też Stefan Bratkowski, mówiąc o prasie lokalnej.  
    Po przyjeździe, do Żnina jako konspekt z tych wykładów, wydałem pierwszy numer gazety "Wulkan". Był on raczej żartem niż gazetą. Miał nakład 50 egzemplarzy. Ludzie kupili wszystko - pani Halina Malinowska nabyła nawet 10 egzemplarzy. Wydałem drugi numer - bo był potrzebny, było co drukować. Trzeci - już na poważnie. I tak się to potoczyło.  
   
Rodzina
    Trzeba przyznać, że od początku był to interes rodzinny. Stała za nim cała rodzina Księskich: siostra Anka - latający reporter, stryj Janusz, ojciec naczelnego - Jerzy, później przybyła nam Dorota, w familię wżenił się też Jacek Kowalski. Więc w drugiej kolejności - o nich. Zacznijmy od Janusza, który opowiada tak:  
    - "Dominik poprosił, żebym coś zaproponował do nowej gazety. Wybrałem anegdotki z przeszłości, bo mieszkając w tej chwili w Bydgoszczy nie mogę pisać o współczesności".  
    Wiąże się już z tym także anegdotka. Gdy Janusz Księski przysłał do druku cztery pierwsze anegdoty "Z archiwum i z pamięci", doktor Aleksander Kmiećkowiak na zebraniu redakcji "Pałuk" rzekł: "To mi się podoba! Obiecał i przysłał. Znakomite!". Wszystko byłoby dobrze, ale anegdoty obiecywał Jerzy, a napisał - Janusz. Jerzy Księski, który na naszych łamach drukował głównie wiersze - nie napisze już niestety nic (wspomnienie o nim zamieściliśmy w styczniu).  
    Anka Księska-Kowalska powiedziała, że nie pamięta momentu, kiedy zaczęła pracować w gazecie.  
    "To może ja dopowiem. To było jeszcze w Szkole Podstawowej, gdzie z Agnieszką Kwiecińską wydawały rękopiśmienną gazetkę-błyskawicę o nazwie... "Wulkan". Tego tytułu siostra pozwoliła mi użyć do nazwania pierwszej gazety - "Wulkanu", a - jeśli chodzi o "Pałuki", to była jedną z założycielek gazety - oboje z Jackiem dorzucili po milionie na drukarkę".   
    W maju 1990 roku Ania przywiozła do Żnina swojego - wówczas - chłopaka Jacka Kowalskiego i wtedy napisał on swój pierwszy tekst (do "Wulkanu" jeszcze) o otwarciu galerii "Campari".  

fot7.jpg
Najostrzejsze pióro - Dorota Księska
          fot. Jacek Mielcarzewicz

    W pierwszym roku wydawania "Pałuk" trafiła do nich Dorota Księska.  
    - "Napisałam reportaż na lekcję języka polskiego, tak jak i inni uczniowie klasy IIIc. Dominik stwierdził, że nadaje się do druku i wydrukował. Myślałam, że to koniec mojej przygody z "Pałukami". Pewnego wieczoru wychodziłam na osiemnastą, a tu telefon: "Czy możesz napisać..."  
    "I od wtedy pisałam już regularnie. Później okazało się, że reportaży - nie umiem. Zupełnie. Zaczęłam pisać już tylko felietony, czasami komentarze. Za wydrukowane - dostawałam po głowie od czytelników, za niewydrukowane - od kolegium redakcyjnego, to znaczy zawsze od konformistów".  
"Wyobrażacie sobie Państwo co było w tych niewydrukowanych?" 
   
Redakcja
    Rodziną nie związaną węzłami krwi, ale wspólną sprawą są panowie, którzy tworzą zespół redakcyjny. W gazecie są od początku. Aleksander Kmiećkowiak tak to wspomina:  
    - "Zaczęło się od tego, że w Komitecie Obywatelskim poznałem Dominika. Tam razem działaliśmy, on wydawał "Wulkan". Napisałem do "Wulkanu" kilka tekstów. Gdy powstały "Pałuki", zaproponował mi współpracę. Zrobiłem to z ochotą, bowiem niezależna gazeta jest dla mnie synonimem demokracji".  
    Tak samo wyglądały wypowiedzi pozostałych członków redakcji - Eugeniusza Dobaczewskiego i Mariana Kawki. Zmieniało się tylko miejsce spotkania naczelnego.
    "Pamiętam ten mroźny wieczór, gdy zapadła decyzja o założeniu "Pałuk". Było to na ulicy Mickiewicza, gdzie wejście do nowej redakcji zaproponowałem doktorowi Kmiećkowiakowi oraz koledze, który mi odmówił. Następnego dnia poprosiłem jeszcze Mariana i Gienka. Zastanawiali się długo. Gdy już gotowy był pierwszy numer zapytałem, czy dajemy wszystkie cztery nazwiska do stopki redakcyjnej, czy tylko moje. Bałem się, że nie zaryzykują. Zaryzykowali".
   
Nasi reporterzy
    Nie straszny im deszcz, wiatr czy burza. Przygotowani na wszystko ruszają codziennie w cztery strony świata i słuchają jak bije jego serce. Różne losy sprawiły, że trafili do gazety. Mówią o sobie tak:

    Czesław Czuliński:

fot5.jpg
Czesław Czuliński - sprawy samorządowe nie mają dla niego tajemnic.  fot. Jan Huś

    - "Pałuki" czytam od czasu ich powstania. Od początku myślałem o nawiązaniu współpracy w charakterze reportera z gminy Janowiec. Nie wiedziałem jednak czy moja oferta spotka się z przychylnością redaktora naczelnego, zważywszy, że pisałem (i nadal to czynię) do "Gazety Pomorskiej". Wątpliwości moje rozwiał sam naczelny proponując mi telefonicznie współpracę ze swoją gazetą. Krótka rozmowa miała miejsce na początku września 1992 r., a już w numerze 17 z 21 września tegoż roku ukazały się pierwsze moje notatki z Janowca. I tak we wrześniu br. minęło 3 lata mojej współpracy z "Pałukami". Czuję satysfakcję kiedy czytelnicy wypowiadają pochlebne opinie o moich artykułach. Niektóre z nich zwłaszcza te krytyczne, przyczyniają się do usunięcia wskazanych usterek bądź nieprawidłowości. I o to przede wszystkim mi chodzi.  
    Najpierw był list pana Czulińskiego do redakcji o trudnych warunkach mieszkaniowych, w jakich żyje uboga rodzina i dyskretny sygnał przekazany przez moją siostrę, że byłby chętny do współpracy. Potem - rzeczywiście telefon i ulga, że Ani, która była wtedy reporterem na 6 gmin (!) jedna spada z zakresu obowiązków".  
    Ciut później porzucił "Region" a pokochał "Pałuki" pan Józef Marosz.

fot4.jpg
Józef Marosz - napisze zawsze i o wszystkim
                  fot. Dominik Księski

    - "Pierwsze artykuły do "Baszty" były o Katyniu. Potem przyjechali Jan Schmidt i Andrzej Rosiak i po upadku "Baszty" zwerbowali mnie do "Regionu". Pisałem z myślą, aby te informacje były o Kcyni - aby było wiadomo, że Kcynia jest na Pałukach. W grudniu 3 lata temu wyczuwałem, że z "Regionem" już koniec. Zdenerwowałem się na nich, powiedziałem co myślę. Miałem wtedy dużo materiałów i postanowiłem się przejść na ulicę Aliantów. Z Dominikiem się dogadałem bez kłopotu. Najpierw zacząłem luźną współpracę - kiedy chciałem to pisałem, kiedy nie - to nie. Teraz to już obowiązek".  
    "Pamiętam tę chwilę. Siedziałem sam w redakcji i redagowałem numer gwiazdkowy. Nagle - puk puk. Uchylają się drzwi i przez uchylone (aby nie wpuszczać zimna) wchodzi uśmiechając się, niewysoki gość w średnim wieku. Z tekstami. To był strzał w dziesiątkę".  
    Ryszard Nowicki trafił do "Pałuk" poprzez "Żnińskie Zeszyty Historyczne". A do "Żnińskich Zeszytów Historycznych" - przez "Pałuki". Było to w roku 1992. Ania Księska organizowała konkurs rysunkowy i uczeń Ryszarda wygrał nagrodę. Najpierw został współpracownikiem "Zeszytów", następnie - "Pałuk".  
    Sławek Kujawa to dziś bohater z pierwszych stron gazet:
    - "Po przeprowadzce do Żnina pod koniec 1992 r. przebywałem na zasiłku. Trudno było znaleźć pracę. W "Pałukach" zobaczyłem ogłoszenie, w którym była mowa o możliwości współpracy z gazetą. Za namową żony zadzwoniłem, zapytałem o stawiane wymagania. Dostałem w przydziale gminę Rogowo. Na początku 1993 roku powołano mnie do wojska. Po odbyciu służby wojskowej wróciłem do "Pałuk" w których pracuję do dziś i jak na razie nie narzekam".
    Artur Bromberger z Damasławka został wyszukany przez Justynę Mazurek, wówczas redaktora naczelnego licealnego miesięcznika "Wzrok Ludu", do której zwrócił się z prośbą naczelny, gdy redakcja postanowiła, by gazeta ukazywała się także w Damasławku i Wapnie.  
    Jacek Mielcarzewicz śledzi losy gminy Gąsawa. Oto jego opowieść: 

fot2.jpg
Jacek Mielcarzewicz pisze w redakcji swój kolejny artykuł
                 fot. Paweł Dobies

    - "Było to parę lat temu. W domu, w którym królowała Babcia Czesia parząc herbatkę, spotykało się wielu ludzi. Odbywało się tam wiele godzin dyskusji, rozmów, słuchania dobrej muzyki, powstawało wiele pomysłów, próby kabaretu, gazetki, a następnie wybuchł "Wulkan". Niektórzy tkwili wewnątrz niego, inni na jego obrzeżach, a jeszcze inni daleko od niego. Po burzliwych czasach miało dojść do fuzji Dominika z "Basztą". Po krótkiej chwili drogi ich się rozeszły. I pewnego dnia Dominik stwierdził: - "Jeśli nie "Baszta" to będą "Pałuki"! Napiszesz coś?
    - Tak.
    I tak się zaczęło".
    "Pierwszy Jacka  artykuł ukazał się w pierwszym numerze "Pałuk" na pierwszej stronie..."
Losy pism wysłanych z redakcji są przedziwne. Paweł Domagalski trafił do "Pałuk" zupełnie przez przypadek.  
    - "Z redakcji skierowano pismo do Szkoły Podstawowej w Dąbrowie z prośbą o pomoc w znalezieniu reportera. To pismo zostało wrzucone do kosza, nie wiem czy po rozmowie z nauczycielami, czy nie, nie wiem. Ten kosz trafił do palacza a palacz, mój przyjaciel, przeglądając kosz przeczytał pismo.  
    Z racji tego, że jestem przewodniczącym koła terenowego Polskiego Związku Filatelistów, kolega, też członek, powiedział: - Ty będziesz się nadawał. Pojechałem do redakcji. Akurat był naczelny, umówiłem się i zacząłem pisać. Najpierw próbnie. Pierwszy artykuł - na prima aprilis 1 kwietnia 1994 r., że gmina Dąbrowa przejmuje spalarnię kożuchów. Pisanie traktuję amatorsko, chciałem po prostu, aby było słychać w gazecie o mojej gminie".

fot3.jpg
Maria Warda znajdzie wspólny język z każdym, a krzywdę ludzką wyczuje na kilometr.
                 fot. Dominik Księski

    Pora wspomnieć i o sobie.
    - "Pewnego dnia przyszło mi na zawsze opuścić zakład, w którym pracowałam i skorzystać z dobrodziejstwa zasiłku. Nie było czego żałować. "Pałuki" czytałam regularnie i spotykałam natomiast ogłoszenia, poprzez które poszukiwano reportera. Początkowo coś nieśmiało podpowiadało mi - "Zgłoś się" - w końcu, kiedy zobaczyłam które z kolei ogłoszenie postanowiłam popytać się. Nie miałam nic do stracenia.  
    Dzień był deszczowy, pod redakcję podwiózł mnie samochodem nieżyjący już Leszek Lubik. Redaktora naczelnego znałam z widzenia, bo któż go nie zna. Powiedziałam, że interesuje mnie praca reportera. Mój przyszły szef dał mi na początek mały temat: Białe wakacje w MDK. Była to sprawa niewielka i jakoś poszło. Drugim moim dziełem był reportaż "Jeden dzień z ekipą wodociągów". Poszedł na pierwszą stronę. Po tych małych kroczkach były następne, które raz prowadziły do przodu innym razem - do punktu wyjścia. Horrorem były żnińskie sesje, które mało co przyprawiły by mnie o zawał serca, ale powoli oswoiłam się i z nimi. Wszystkie problemy uczyły mnie pokory. Praca sprawiała mi radość, ponieważ zawsze lubiłam ludzi, a dzięki niej kontakt z nimi mam nieograniczony".
    Młody wiekiem, ale stary stażem jest Arkadiusz Majszak.  

fot1.jpg
Arek Majszak pisze zawsze, co myśli         fot. Dominik Księski

    "W jednym z pierwszych numerów "Pałuk" zamieszczona była informacja mówiąca, że redakcja poszukuje do współpracy korespondentów i terenowych reporterów, czy coś w tym rodzaju, nie pamiętam, gdyż było to 5 lat temu. W stopce redakcyjnej zamieszczony był numer telefonu redakcji wtedy mieściła się jeszcze w mieszkaniu pana Dominika.  
    Zdecydowałem się zadzwonić, gdyż pisanie mnie interesowało. Byłem też zadowolony z tego iż w jednym numerze "Baszty" został wydrukowany mój artykuł. Pan Dominik powiedział, żebym podrzucił tekst, a jeśli będzie dobry - wydrukuje. Tak też uczyniłem. W 5 numerze "Pałuk" został wydrukowany pierwszy artykuł. Od tego czasu jestem współpracownikiem "Pałuk".
    "Arek był pierwszą (i ostatnią) osobą, która zgłosiła się na ten apel. Dzwonił z budki, w rozmowie przeszkadzał mu kolega (chichoty, wyrywanie słuchawki). Wyglądało to bardzo niepoważnie.  
    Oczywiście byłem święcie przekonany, że nic nie napisze. Gdy go pierwszy raz ujrzałem, moje wrażenie z rozmowy telefonicznej potwierdziło się. Drągal, nieśmiały, pierze zamiast wąsów, pismo niewyraźne. I - jak zwykle - pozory myliły".  
    Marek Olejnik zaczynał jako reporter, teraz jest akwizytorem reklam, a w czasie nieobecności Dominika Księskiego pełni funkcję sekretarza redakcji.  
    - "Było to w sierpniu 1993 roku, a więc ponad dwa lata temu. W redakcji w tym okresie pracowała Jara i to właśnie dzięki jej protekcji zacząłem część mojego czasu spędzać w redakcji. Aby mnie sprawdzić, Dominik zlecił mi napisanie artykułu, który miał zadecydować o moich dalszych losach. Jako temat otrzymałem "Z reporterską wizytą w Murczynku". W takim przypadku jedzie się do wioski i pisze o życiu jej mieszkańców, problemach, wymienia się wszystkie osiągnięcia, opisuje wygląd wsi, sprawdza się, czy ma Koło Gospodyń wiejskich, itd. Taki materiał może czekać na druk wiele tygodni, nie jest to gorący temat, a w przypadku gdybym sprawę zawalił za kilka dni czy tygodni może jechać inna osoba i skorygować wszystkie błędy.

fot.13.jpg
Marek Olejnik -"Nie ma sprawy!"
              fot. Dominik Księski

    Pojechałem, napisałem i otrzymałem propozycję dalszej współpracy, a na potwierdzenie tego dwa kolejne tematy: o szczurach w łabiszyńskich blokach i projektach budowy pomnika pamięci zbrodni hitlerowskich i stalinowskich w Szubinie (pomnik już stoi).
    Od tej pory zacząłem pisać w "Pałukach", początkowo pod pseudonimem, później pod własnym nazwiskiem. Z czasem, po oswojeniu się z komputerami i zaznajomieniu ze wszystkimi odpowiednimi programami zacząłem składać strony gazety - przed wysłaniem gazety do drukarni, trzeba odpowiednio złożyć teksty na danej stronie, wymierzyć miejsca na zdjęcia, dać tytułom odpowiednią czcionkę i wszystko wydrukować tak aby otrzymać efekt lustra na odpowiedniej folii.
    Później nadszedł czas na pełnienie od czasu do czasu (wtedy gdy Dominik gdzieś wyjeżdża) funkcji sekretarza redakcji czyli praktycznie obowiązków naczelnego oraz na pracę w dziale reklam".

fot8.jpg
Grzegorz Berdysz - twórca plebiscytu najlepszego sportowca Pałuk
                    fot. Maria Warda

    Od pierwszego numeru współpracuje z "Pałukami" Grzegorz Berdysz.  
    - "Na początku pisałem do "Baszty" wiadomości sportowe. Później Dominik zapytał mnie, czy poprowadzę w "Pałukach" dział sportowy. Zgodziłem się. Sportem pasjonuję się od najmłodszych lat i zawsze marzyłem aby wiadomości ukazywały się w regionalnej gazecie".
    Mariusz Kolasiński redaguje strony sportowe i łamie je - rozmieszcza teksty na swoich miejscach.
    - "Współpracę z "Pałukami" zacząłem w jaskiniach. Tam właśnie poznałem się z Dominikiem w lutym 1987 roku. Później dzięki temu pomagałem mu w przepisywaniu jego pracy magisterskiej. Przez dwa tygodnie ja dyktowałem, Dominik pisał na starej dobrej maszynie do pisania, którą dostał od babci. Później on mi się zrewanżował w przepisywaniu mojej pracy magisterskiej - wtedy po raz pierwszy zetknąłem się z komputerami. Potem odkupiłem od Dominika komputer wraz z całym redakcyjnym oprogramowaniem. Dominik wyszedł z propozycją, abym redagował stronę sportową i tak to się zaczęło".
    "Mariusza jako redaktora-łamacza miałem upatrzonego już grubo wcześniej. Czekałem tylko na wybór odpowiedniego momentu. Gdy kupił komputer - wszystko, co nastąpiło dalej narzucało się samo".  
   
Sekretariat, skład i łamanie

fot.12.jpg
Ewa Poliwka - boją się jej wszystkie komputery               fot. Dominik Księski

    I oto jesteśmy na pograniczu pracy pisarskiej i technicznej. Pracuje tu niezwykle zgrana ekipa, w której wszyscy muszą umieć wszystko. Oddajmy głos pierwszemu i najstarszemu stażem pracownikowi "Pałuk" - Ewie Poliwce:
    - "Bardzo rzadko myślę o tym co już minęło, staram się raczej myśleć o tym co będzie, ale jeśli chodzi o moją pracę w "Pałukach" to zawsze będę uśmiechać się, wspominając jej początki, gdyż trafiłam do naszej gazety zupełnie przez przypadek. Byłam jedną z uczestniczek kursu dla sekretarek, który wolnymi krokami zbliżał się do końca (to był rok...?, ale może nie mówmy tu o datach) i trzeba było pomyśleć o pracy, kiedy pewnego dnia w czasie rozmowy ze znajomym usłyszałam, że pan Dominik Księski poszukuje osoby, która potrafi dobrze pisać na maszynie (później okazało się, że na komputerze).  
    Pomyślałam wtedy: "- Potrzebujesz pracy, na maszynie piszesz chyba nieźle, więc dlaczego siedzisz i czekasz?" Tak więc w pewien, sobotni poranek zjawiłam się u drzwi pana Księskiego, drżącą ręką nacisnęła, dzwonek i... drzwi otworzył mi sam redaktor naczelny w pidżamie i jeszcze nieco zaspany (była 9:00).
    Po kilku minutach rozmowy wiedziałam już, co to za praca i czego się ode mnie oczekuje. Podjęłam wtedy decyzję, której nigdy nie żałowałam i nie żałuję.
    Nie mogę powiedzieć jednak, że to było takie proste, tzn. "dzwonek do drzwi, dzień dobry, krótka rozmowa i już ma się pracę". Nie nie. Z biegiem czasu zrozumiałam, że praca w prasie o większym czy też mniejszym zasięgu to nie nazwisko widniejące na stopce redakcyjnej. To poznawanie wielu ludzi, nawiązywanie z nimi kontaktów, rozwiązywanie zaistniałych problemów, które masowo zaczynają się pojawiać, gdy np. redaktor naczelny wyjeżdża na urlop oraz załatwianie wielu innych spraw, które nie powinny spadać na głowę szefa, itd., itd. Tak więc z każdym dniem uczyłam się czegoś nowego, robiłam coś nowego, poznawałam kogoś nowego i tak jest po dzień dzisiejszy.
    Lubię swoją pracę, daje mi ona dużo radości, a zawdzięczam ją po części osobom, które mi o niej wspomniały, starszej pani, która na kursie dla sekretarek kazała mi przez wiele godzin uderzać w klawisze maszyny do pisania, ale przede wszystkim naczelnemu redaktorowi naszej gazety, ponieważ to on dał mi wtedy szansę".
    "Ja otwierałem w piżamie?!... Możliwe... Po skończeniu przez Ewę kursu obsługi komputera wyjeżdżałem akurat na 10 dni, zostawiłem grubachny maszynopis i powiedziałem: " - Ile przepiszesz, tyle przepiszesz". Przyjeżdżam - wszystko przepisane".  

fot.11.jpg
Może być wielu nieobecnych w redakcji i nic się nie dzieje. Ale gdy nie ma Mirki - to jakoby nikogo nie było.
                fot. Dominik Księski

    Naczelny redaktor jest redaktorem naczelnym, ale kapitanem w redakcji jest Mirka Walczak.  
    "- Poszukujemy maszynistki do pracy przy komputerze" - mniej więcej takiej treści ogłoszenie stało się początkiem mojej współpracy z redakcją tygodnika "Pałuki" w listopadzie 1992 r. A jak to było po kolei? Około 10-11 listopada trafił do moich rąk jeden z numerów gazety, a w nim powyższy komunikat z numerem telefonu. Wystarczyło zadzwonić o dowiedzieć co pod tym hasłem się kryje.  
    Dzwoniłam dwa razy, za drugim... odebrała dziewczyna o bardzo miłym głosie, wyjaśniła o co chodzi i poprosiła o kontakt w późniejszych godzinach. Co było robić? Dostosowałam się do tego i jeszcze tego samego dnia zadzwoniłam trzeci raz. Tym razem słuchawkę podniósł redaktor naczelny, z którym umówiłam się na osobiste spotkanie chyba na czwartek lub piątek (nie pamiętam dokładnie) o 17:00. W tym miejscu muszę dodać, że rozmowa była przeprowadzana w trudnych dla mnie okolicznościach - hałas maszyn obok mnie i grające radio tak skutecznie przeszkadzało w rozmowie, że skończyła się ona szybko i musiałam się potem raczej domyślać terminu spotkania. Ale to szczegół.  
    Data mojej wizyty w siedzibie gazety zbliżała się i w końcu stanęłam przed jej drzwiami. W redakcji zastałam kilka pracujących osób oraz p. Dominika Księskiego zajętego rozmową ze starszą panią. Po niej była kolej na mnie. Redaktor przedstawił mi, jak się mają sprawy, tzn. nie ma już pracy dla maszynistki, ale jest poszukiwany akwizytor reklam.  
    Hasło jak z filmu science fiction, ale dla bezrobotnego absolwenta szkoły średniej jest to jakiś początek. Zostałam zaopatrzona w mnóstwo materiałów; od następnego dnia miałam zbierać reklamy do gazety. Nie ukrywam, że po 2 tygodniach miałam tego dość i przyszłam zrezygnować. Wtedy Dominik Księski zaproponował mi inną pracę, na którą chętnie przystałam - przepisywanie tekstów na komputerze. Od tego czasu nasza współpraca trwa nieustannie, a redaktor naczelny wciąż zaskakuje mnie różnymi swoimi pomysłami".
    "Pamiętam tę pierwszą rozmowę. Tłumy w redakcji, numer ma za trzy godziny odjechać do druku, a tu jeszcze ta dziewczyna..."

fot.10.jpg
Iwona Pałecka - dzięki jej palcom zniknęły z "Pałuk" literówki
                 fot. Paweł Dobies

    Iwona Pałecka przepisuje teksty na komputerze, łamie Pałucki Magazyn Rolniczy, niedawno przejęła też wszystkie sprawy związane z kolportażem.  
    - "W Biurze Pracy znalazłam ogłoszenie, że redakcja "Pałuk" poszukuje sekretarki. Nie robiąc sobie zbyt wielkich nadziei złożyłam podanie i życiorys, i... zapomniałam o całej sprawie. Jakież było moje zdziwienie, gdy dwa dni później wracając z miasta ujrzałam w swoich drzwiach wizytówkę Dominika Księskiego z krótką wiadomością: "Iwona, czekam dziś w redakcji" (wizytówkę tę przechowuje do dzisiaj).
Z żołądkiem w gardle skierowałam się w stronę "Pałuk". Tam krótka, konkretna rozmowa, podczas której dowiedziałam się, że stanowisko sekretarki objęła właśnie dziewczyna z redakcji, ale... mogę spróbować pracy przy komputerze, gdyż wkrótce Mirka miała iść na 22-dniowy urlop i przez ten czas miałam pracę zapewnioną. "A potem zobaczymy" - powiedział naczelny.
    Początki były naprawdę trudne. Pamiętam, jak bardzo nierealne wydawało mi się dorównanie dziewczynom w szybkości pisania. Szybki stukot ich palców o klawiaturę, a na tym tle moje pojedyncze, ciche, niepewne stuk..., stuk..., stuk. Pamiętam nocne koszmary, w którym naczelny stał za mną, moje ręce trzęsły się niemiłosiernie, a on powtarzał: "Szybciej dziewczyno! Szybciej!"  
    22 dni szybko minęły. Pan Dominik jakby zapomniał, że przyjął mnie tylko na czas urlopu Mirki.
Od tego czasu minęło ponad półtora roku. Moje palce suną po klawiaturze tak szybko jak pozostałych dziewczyn. Wiem, to się rzadko zdarza, ale ja lubię swoją pracę. Lubię przychodzić tu z myślą, że czeka mnie cały stos artykułów do przepisania. Wtedy zaczyna się wyścig moich palców z czasem".
   
Ewa Konwińska: 
    "Koleżanka dowiedziała się w szkole od wychowawczyni, że jest praca w "Pałukach" i powiedziała mi o tym. Zorientowałam się, gdzie jest siedziba redakcji i przyszłam. Pan Księski rozmawiał ze mną i kazał mi przyjść w sobotę - chciał zobaczyć czy potrafię pracować przy komputerze. Dał mi do przepisania tekst i powiedział że przyjdzie za godzinę. Nie zdążyłam napisać zbyt dużo, ale pan Księski po przyjściu powiedział, że szybkość w pisaniu z czasem sobie wyćwiczę, ważne że nie ma zbyt wielu błędów. Umówiliśmy się, że w pierwszym tygodniu będę przychodziła do pracy tylko na kilka godzin po południu, ponieważ czekała mnie jeszcze ustna matura z geografii.  
    O to miejsce pracy starały się jeszcze dwie osoby. Pierwszy miesiąc był więc okresem próbnym, po którym pan Księski miał zadecydować kogo zatrudni. Dzień przed swoim ślubem pan Księski powiedział, że chce abym pracowała w "Pałukach".
    "Nic dodać, nic ująć".  
   
Adiustacja i korekta
    Beata Turek, Staszek Tyrakowski, Olesia Suchańska, Wanda Grabowska i Joanna Świder - to nasza korekta. Czemu ich aż tylu? We wtorek i środę praca idzie non stop, a znajdźcie mi takiego, co osiem godzin jest w stanie sprawdzać litera po literze, czy wszystko dobrze przepisane. Nikt nie wyrobi.  
    Stanisław Tyrakowski, który jest korektorem w "Ilustrowanym Kurierze Polskim "mówi:
    - "W jednym z numerów "Pałuk" przeczytałem ogłoszenie, że redakcja poszukuje korektora. Zainteresowało mnie to ponieważ cała moja praca związana jest ze słowem drukowanym. Przyszedłem, zapytałem i zostałem. Jeżeli mam wolny czas - pomagam. Uważam, że gazeta o środowisku i dla środowiska przez ludzi z tego środowiska robiona - to piękna sprawa".
    Ponad rok temu Leszek Malak został naszym stałym ilustratorem.  
    - "Pracowałem w jedynce na pół etatu. Miałem dużo czasu. Znalazłem ogłoszenie Macieja Grzmiela i w ten sposób dotarłem do redakcji. Pierwszy rysunek był o stepowieniu Pałuk, później była przerwa. Dominik szukał wciąż kogoś, ja nie chciałem się zgłaszać, ale w końcu jakoś się dogadaliśmy".  
    "Nie bardzo wiedziałem (do dziś nie wiem), jak współpracować z grafikami, plastykami i artystami. Ja się czaiłem, Leszek się czaił, na nasze szczęście - chęć rysowania przezwyciężyła nieśmiałość".
   
Stała współpraca

fot9.jpg
Maciej Grzmiel - gotów do wyjazdu do Torunia po 16 megabajtów pamięci o 12 w nocy, o 10 rano - do Poznania do naświetlarni, a wieczorem do drukarni w Bydgoszczy.
                           fot. Jan Huś

    Zawsze i wszędzie pomagają nam Maciej Grzmiel i Jacek Stachowiak. Maciek przez długie lata łamał Pałuki, ostatnio kupił własną gazetę ("Tygodnik Tucholski") i ma mniej czasu.
    Mamy pracowników także poza Żninem. Kazimierz Nowak odwozi co czwartek gazetę do Bydgoszczy. Zdzisław Kasperek z Białych Błot pomaga nam w dystrybucji gazet - wkłada wszystkie wkładki telewizyjne i samorządowe (ręcznie!) w środek każdego z egzemplarzy gazety.  
    Nie można też na koniec nie wspomnieć o dziesiątkach kioskarzy i doręczycieli, którzy wczesnym świtem wstają, by "Pałuki" dotarły do czytelnika.
    W artykule mowa jest jedynie o aktualnych pracownikach i współpracownikach gazety - i też oczywiście nie o wszystkich. A trzeba też przypomnieć tych, co odeszli, którzy się nie sprawdzili, którzy - w końcu - ze względów zdrowotnych nie mogą z nami pracować. Wszyscy oddali gazecie wiele serca. Najważniejsi z nich - to sprawująca od początku funkcję anioła stróża Jolanta Dobaczewska, która ze względu na zdrowie musiała przestać nam pomagać.
    Trzeba też wspomnieć o pracującej kilka lat w sekretariacie Ani Zielińskiej, reporterce z Łabiszyna - Annie Kamińskiej oraz o twórcach "Pałuk" z pierwszego okresu ich działalności - Andrzeju Łuczaku i Macieju Płażewskim.
    "Gdy tak czytałem ten artykuł, stawały mi przed oczami po kolei wszystkie opisane sytuacje i to, jak były widziane z drugiej strony. Pięć lat temu, kiedy zaczynałem rolę szefa w ogóle nie znałem się na ludziach. Jeszcze dziś nie zawsze potrafię ich dobrze ocenić. Ze względu na to nigdy nie podejmowałem zbyt pochopnie decyzji o zaprzestaniu współpracy z kimkolwiek kto popełniał błędy i nie umiał robić tego co powinien. Przynosiło to często straty i byłem krytykowany za zbyt wolne podejmowanie decyzji. Ale przekonałem się, że w większości przypadków przyniosło to efekty, bo ludzie, którzy przez długi czas się nie wyrabiali - nagle zadziwiali mnie."
    Myślę, że po przeczytaniu artykułu będziecie, drodzy Czytelnicy, mieli jakie takie wyobrażenie o tym - jak powstawały "Pałuki". Zapewniam Was, że wszyscy pracują jak mrówki, aby praca szła jak w zegarku. I idzie! 
    "Czasami..."


napisała Maria Warda
komentował Dominik Księski
Pałuki nr 200 (51/1995)
Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj. Ogłoszenia i reklamy są materiałem zleconym, za ich treść odpowiedzialność ponosi ich nadawca, a nie redakcja lub wydawca gazety.
Copyright 2006-2018 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry