Reklama w kalendarzu

   
     Film pokazuje, jacy jesteśmy. Jeśli więc wychodzimy nie tak, jak byśmy chcieli - nie jest to wina filmu, lecz nas samych.

    Film nie tylko pokazuje, jacy jesteśmy, ale także - przez to, że większość zdjęć kręcili żniniacy - jakimi siebie widzimy. Film też pokazuje to, co chcemy w nim zobaczyć. Dla jednego - pokazanie mistrza świata, zadającego świniom mieszankę jest obniżeniem image'u Mistrza. Inni powiedzą: patrzcie, jaki niesamowity bamber - jeździ na łódce i zadaje bobu całej Europie.
    Wbrew temu, co mówi reżyser, film nie jest wcale chaotyczny. Ma wyraźne ramy, wyraźne przesłanie i prezentuje wyraźną wizję świata. Ratuszowa wieża na rynku wyznacza jego centrum. Tu ludzie się rodzą, tu umierają, stąd wyjeżdżają, tu wracają. Świat przyjeżdża do Żnina i Żnin obecny jest w świecie.
    Miasto bucha energią. Jest kolorowe. Mieszka w nim Lichociński, ale i Hoffmann. Gra w nim teatr, ale są i typowo prowincjonalne wesela, czy komunijne przyjęcia. Zresztą - Panowie i Panie - takie same prowincjonalne wesela i komunijne przyjęcia znajdziemy i w Bydgoszczy, i w Warszawie, i w Paryżu...
    Są w filmie kadry, które zapierają dech w piersiach. Całowanie krzyża, a zaraz potem dorzucenie banknotu do koszyczka. Próba komunii świętej. Ciarki przebiegają po krzyżu i czuć, że sacrum pęka.
    Ale w którym momencie? Bo nie ręka montażysty to czyni, choć wiem, co powiecie - z trzystu godzin filmu powybierali takie kawałki specjalnie. To prawda - powybierali specjalnie. Ale czy nie uderza w to sacrum ręka kamerzysty, który bez drżenia pokazuje dłoń księdza, markującego udzielenie komunii i zezujące w bok dziecko?
    Z tym, że znów muszę się zastanowić, co mnie bulwersuje: scena, czy fakt jej filmowania? Że w ogóle kręci się moment, który nie powinien być kręcony? A może sacrum pęka już w chwili, kiedy organizowana jest komunia na sucho?
    I oczywiście te - najmocniejsze dla mnie - kadry nie naruszają żadnych wartości chrześcijańskich (patrz wywiad ze Stanisławem Manturzewskim - przyp. red.), pokazują natomiast obyczaj ludu chrześcijańskiego, nad którym normalnie przechodzimy bez refleksji. Może warto się zastanowić?
    Są też kadry wstrząsające, gdy na plan Szalonej Lokomotywy, pośród aktorów udających trupów i rannych wchodzi Leon Lichociński i nie rozumiejąc, że to teatr, nie wie, co się dzieje, nie wie, gdzie jest, nie wie, czy śni, czy może już umarł?
    Do bólu prawdziwe jest ujęcie rozmowy we francuskim domu, gdy zdanie zaczęte po francusku, kontynuowane jest po polsku, po angielsku... Tacy jesteśmy. Choć często tego sami nie widzimy.
Na koniec słów kilka o sprawach nie mniej ważnych, choć już nie wchodzących w recenzję filmu, ale będących opisem obyczajów ludu filmowców. Umieszczenie wielu materiałów kręconych dla celów prywatnych w filmie, który ma oglądać cała Polska jest - bez zgody wszystkich tych osób - grubym nadużyciem.
    Wiem, wiem - usłyszę odpowiedź, że wtedy nic by nie powstało, więc dla potomności... itd. może warto się reżyserom narazić. Może i warto?
    Ale już zupełnym świństwem jest pożyczenie od ludzi ich oryginalnych filmów; często jedynych i archiwalnych, stanowiących pamiątki rodzinne - i zabałaganienie ich podczas montażu. Bardzo to przykro rzutuje na ten film.
    Jak widać - tacy są filmowcy.
    Na koniec jeszcze jedno zdanie dla tych, którzy nie byli w kinie. Proszę Pań i Panów - zobaczyć rynek żniński z lotu ptaka na pełnym ekranie kina Pałuczanin - to było przeżycie.

DOMINIK KSIĘSKI
Pałuki nr 210 (9/1996)
Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj. Ogłoszenia i reklamy są materiałem zleconym, za ich treść odpowiedzialność ponosi ich nadawca, a nie redakcja lub wydawca gazety.
Copyright 2006-2018 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry