Wspomnienie o Jerzym Księskim zmarłym 20 listopada 1995 roku poecie i dziennikarzu, ojcu wydawcy "Pałuk". Jerzy Księski urodził się na kresach wschodnich w roku 1933, w Żninie mieszkał od 1945 roku. Na początku lat pięćdziesiątych był korespondentem gazety Sport, w której wtedy często ukazywały się notatki ze Żnina, następnie współpracował z dziennikami poznańskimi, pisząc do nich o powiecie żnińskim. Po studiach pracował w rozgłośni Polskiego Radia w Lublinie, a następnie we Wrocławiu w redakcji literackiej. Wydał nakładem Wydawnictwa Lubelskiego dwa tomiki wierszy: "Inny świat" i "Piekielne fiołki". W latach 90-tych współpracował z naszym tygodnikiem, pisząc cykl wierszy o Pałukach. Zmarł 20 listopada 1995 r. Dziś prezentujemy wspomnienie o nim, napisane przez redakcyjną koleżankę Jerzego Księskiego, Hannę Małachowską z Polskiego Radia Wrocław.


   

     Nie pamiętam już ani gdzie, ani z jakiej okazji, czy w jakim kontekście - Eliza Orzeszkowa napisała bardzo pięknie o książce. A mianowicie, że istnieje książka-chleb, książka wino i książka skrzydła.

 


Jerzy Księski - absolwent gimnazjum w Żninie, autor wielu wierszy o Pałukach                                fot. Tadeusz Drankowski

    Książka-chleb, jakie to proste i oczywiste! Istotnie jest ona jak chleb, a na oczywistości nie zwykliśmy zwracać uwagi. One po prostu są, istnieją.
    Książka-wino - o tak, wielokrotnie nam zaszumiała w głowie! Podniosła temperaturę uczuć, uwrażliwiła skórę, oko i serce.
    I książka-skrzydła - zdarzają się takie, prawda! I to częściej niż się nam wydaje. Tylko, że działanie onych skrzydeł zwykle dostrzegamy po latach. Być może nawet, nie były to od razu pełne, wielkie skrzydła, ale kilka lotek na pewno. A z tych lotek tu i tam zdobytych powstawały jednak skrzydła. I dokądś nas one poniosły.
    Wydaje mi się jednak, iż więcej tych piór do skrzydeł, albo i całych skrzydeł znaleźć można nie w książce, a w książeczce. A ściślej w tomiku poetyckim. Każdym, nawet takim mini, który zawiera zaledwie kilka wierszy. Mam właśnie taki przed sobą. Nosi tytuł "Myślenie wierszem". Opatrzony dedykacją, w której jest cały autor: "Staszeńko! Myślenie wierszem nie przynosi zaszczytów, ale też nie szkodzi bliźnim. Na imieniny serdecznie jak samo serce. Jerzy Księski." Cały Jurek jest w tej dedykacji. Jurek, nasz redakcyjny kolega - przez siedemnaście lat. Taki był. Nigdy nie szkodził bliźniemu swemu w przeciwieństwie do siebie samego. Mówiliśmy mu czasem: "Jurek, kochaj siebie samego jak bliźniego swego. Nie musisz więcej, ale choć tak samo". On się tylko uśmiechał, tym swoim uśmiechem bezradnego dziecka. Wyobrażam sobie jakim był chłopcem i takim chyba pozostał do końca. Zdziwionym, bezradnym chłopcem.
    W redakcji literackiej wrocławskiego radia, do której przybył z Lublina, już po pewnych sukcesach poetyckich, miał swoje biurko i szafę, które razem stanowiły pewną, ekscentryczną kolorowość w biurowej szarości. Na szafie leżał rozpostarty, ogromny czarny parasol. Nico uszkodzony w czasie walki z żywiołem. Miał złamane chyba trzy żebra. I wyglądał trochę jak duży, stary gawron z przetrąconym skrzydłem. (Na wiosnę już nie poleci do swoich zimniejszych północy. Jak tu będzie żyć? Byle do zimy!) Obok leżał jakiś pęk ostro czerwonych, sztucznych, ale wcale nie kiczowatych kwiatów. Kiedyś przez pewien czas, leżały pod parasolem skrzypce, którym coś dolegało. I gitara też wymagała troskliwej ręki Miśka Garmady, stroiciela fortepianów i niezwykle skutecznego lekarza wszelkich niedomagających instrumentów. Jedną tylko Miśku miał przywarę. Brak czasu, który powodował to, co może powodować brak czasu: niedotrzymywanie umów i terminów, ale gitarę jednak uzdrowił dość szybko, chyba po roku. Zawisła wtedy na ścianie, ustrojona niczym solistka w ludowym zespole chóralno-tanecznym pękami różnokolorowych wstążek.
Jurek czasem, kiedy byliśmy w komplecie w redakcji i "po robocie" - jak się to mówiło i należało trochę "napalić w piecu" redakcyjnym, zdejmował ją ze ściany i grał podśpiewując swoim niewielkim, ale miłym i ciepłym głosem. Najczęściej śpiewał piosenki Włodzimierza Wysockiego, Bułata Okudżawy, albo recytował poezję Anny Achmatowej. To byli jego ukochani poeci, których tłumaczył z pasją, wyczuciem i talentem. Były to bardzo dobre tłumaczenia. Nigdy nie śpiewał piosenek własnych, choć napisał ich sporo (notabene Piotr Szczepaniąk wystartował właśnie jego piosenkami). I były to dobre teksty, ale Jurek ze swoją chłopięcą łagodnością nie dysponował żadną siłą przebicia, a instytucji menedżera w typie Marka Łaciaka jeszcze wówczas nie było. Szkoda, może mielibyśmy wówczas mniej zespołów za to więcej dobrych piosenek do śpiewania, a nie tylko do słuchania, a właściwie do jednorazowego usłyszenia.
    A słuchać Jurek umiał jak mało kto. Kiedy usłyszał, że w redakcji ktoś jest "coś nie taki" - miał gotową przypowieść zaczynającą się od słów: "A u nas, w Dereczynie" - i to i tamto... Przywoływał swój rodzinny Dereczyn, gdzie się urodził "w Ziemi Nowogrodzkiej" - jak napisał w życiorysie, kiedy go przyjmowano do pracy - bardzo często, aż stało się to dla nas sygnałem, że należałoby "zapalić w piecu" - jak nazywałem podnoszenie temperatury nastroju w redakcji. Jurek był do tego jedyny. Zawsze koło niego było ciepło, znakomicie to robił. Swoim rozbrajającym uśmiechem ścierał smutek z naszych twarzy, dowcipem pomniejszał każde duże zdenerwowanie, opowieścią o Dereczynie, gdzie były najwspanialsze, pachnące na kilometr jeżyny i truskawki, najsmaczniejsze pierogi i najwspanialsze skrzypce - ratował naszą podupadłą ufność w ludzi.
    Te leżące pod parasolem na szafie skrzypce, chyba stanowiły również element Jego muzycznej edukacji na Akademii Muzycznej w dziedzinie teorii i gry na skrzypcach. I nic dziwnego, że tak wspaniale i z taką kulturą dokonywał ilustracji muzycznych do audycji, ale o tym elemencie swojej edukacji nigdy nie opowiadał, jak również o czterech latach studiów na farmacji. Raz tylko powiedział na moje zdziwienie jakimś jego opowiadaniem: "Przecież ja przez dwa lata byłem aptecznym prowizorem".Pewnie więc nie powinno być nic dziwnego w Jego wrażliwości na ludzkie cierpienie i nieustannej gotowości niesienia pomocy innym. Taki był po prostu.
    Na antenę pisał opowiadania, felietony, miniatury dramatyczne, ale nade wszystko uwielbiał liryczną groteskę, gdzie piosenka, wiersz, proza splatały się harmonijnie w smakowitą całość. Nazywała się ta audycja "Zielone jak śnieg". W jednej z nich pobrzmiewają echa Jego lubelskiej twórczości, w tym wierszu - inspirowanej piosenką Włodzimierza Wysockiego:

 

Na ulicy Złotej pod trójką
Zostawiłem cały swój majątek.
Stary dom, połatane podwórko,
Pierwszą miłość wyczytaną z książek.
Na Starówce są ulice - wspomnienia,
Są zaułki pochyłe jak w niebie.
Środkiem rynku idę śladem swego cienia
Do ciebie... do ciebie...
zasłyszana ta piosenka
o ulicy Złotej
Ktoś gitarę trzymał w rękach
na ulicy Złotej
Ktoś tam śpiewał o dziewczynie
co ma złote włosy
Ktoś tam będąc w siódmej klasie
palił papierosy
Gdzie szesnaście moich lat
na ulicy Złotej
Gdzie szesnasta moja bieda
na ulicy Złotej
A gdzie mnie akurat nie ma
na ulicy Złotej.

 

    Lublin, a raczej ściślej, lublinianin, wielki artysta, skrzypek, Henryk Wieniawski i jego muzyka jest również inspiracją trzech przepięknych wierszy Jurka: "Legenda w tonacji g-moll", "Nocny klucz wiolinowy" i "Pierwsze skrzypce".

 

Posłuchaj, lubelska Starówko
posłuchaj...
Kilka razy zaledwie
dla ciebie grałem;
dzisiaj znów jestem tutaj
na Starym Rynku.
Nie zapomniałem.

Goniło mnie po całym świecie,
koncerty skrzypcowe
wiolinowym kluczem
otwierały drogę do sławy.
Tu, w rodzinnym mieście nie często kilka razy
tony mych skrzypiec brzmiały
w Ratuszowej sali

Posłuchaj, Lublinie!
Posłuchaj jasnych skrzypiec.
Gram na fresku, w Rynku,
obok domu ojca, pod numerem
siedemnastym.

Serca zmęczone stacatto
łagodzę śpiewnym andante...
Słuchaj - nic więcej. Nie dbam
o oklaski,
drugi koncert skrzypcowy gram ja
- Henryk Wieniawski.


    Niektórzy krytycy mówili czasem o poezji Jurka, że jest jakby trochę Gałczyńska, ale myślę, że jest ona Jego własna, swoja, Księska. I że jest w niej i chleb, i wino, i skrzydła i coś jeszcze. Coś nieuchwytne, ale wyczuwalne i tylko Jego, Jerzego Księskiego.
    Na moim redakcyjnym biurku pyszni się wspaniałym rubinem dość duży kawałek szkła. Coś w rodzaju samorodnej rzeźby. Pełni funkcję pojemnika na spinacze i przycisku jednocześnie. To Jurek przywiózł mi tę potwornie ciężką grudę szkła (zapewne jakiś destrukt albo odpad) z Huty Szkła w Pieńsku. To jest taka mała miejscowość na północ od Zgorzelca i tam właśnie Jurek stworzył, w tej leśnej głuszy, niemal na końcu świata, piękną imprezę pod nazwą "Pieńska Jesień Poetycka". Zapraszał na nią poetów z całej Polski, młodych, wytrawne wygi i debiutujących. Wdzięczna mu za to była ludność Pieńska, która do kontaktu z kulturą ma bardzo daleko, miejscowi nauczyciele i młodzież szkolna, którą uczył stawiania pierwszych kroków w gąszczu literatury a poezji w szczególności. Ale i ta strona jego aktywności nie powinna dziwić. Jurek zawsze chciał siebie... dawać. Zawsze był gotów i zawsze sam, jak mówił: "uczył się chodzić". Napisał też wiersz: "Nauka chodzenia".

 

Ziemia obraca się niezmiennie,
bogata w cztery pory roku.
Cóż, Ziemio... bardzo mi przyjemnie,
że ciągle karmisz mój niepokój.

Ziemio! - Kulo u nogi,
Ziemio, matko rodzona.
zawsze przy końcu drogi
Obejmą mnie twoje ramiona.

Ziemia - łąka i zboże,
ziemia, kamień i przepaść.
Ciągle uczę się chodzić,
chodzić...
chodzić tak,
żeby kwiatów nie deptać.

 

     I nie deptał, a przynajmniej starał się tego nie czynić, albowiem był człowiekiem jedwabnym. I znakomitym chłopcem do palenia w piecu redakcyjnej atmosfery i życzliwego klimatu.


HELENA MAŁACHOWSKA
Pałuki nr 212 (11/1996)
 
     OD REDAKCJI
     Jerzy Księski uczestniczył w Pieńskich Jesieniach Poetyckich, nie był jednak ich organizatorem, a jedynie współtwórcą. Imprezę organizowała Miejska Biblioteka Publiczna w Pieńsku, a spiritus movens spotkania poetów nad Nysą Łużycką był kierownik tej biblioteki, Zygmunt Rybak.
Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj. Ogłoszenia i reklamy są materiałem zleconym, za ich treść odpowiedzialność ponosi ich nadawca, a nie redakcja lub wydawca gazety.
Copyright 2006-2018 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry