W przedwojennym Banku Ludowym udziałowcy
  

  
Budynek przy ulicy Sądowej 4 zbudowany został dla Banku Ludowego w Żninie. Po wojnie budynek kupił Narodowy Bank Polski. W trakcie reform i zmian własnościowych przypadł on Bankowi Gdańskiemu, Big Bankowi Gdańskiemu, a na koniec bankowi Millennium. Dziś przedstawiamy okruchy przedwojennej historii budynku, w którym dziś mieści się nasza redakcja.

    Bank Ludowy w Żninie został założony w 1867 roku na fali pozytywistycznej działalności gospodarczej, którą w Wielkim Księstwie Poznańskim dowodził niekoronowany król Polski - ksiądz Piotr Wawrzyniak.  Bank założyli Polacy, którym - ze względów politycznych - banki niemieckie kredyt dawały ociężale lub wcale.
Obecny budynek, w którym mieści się nasza redakcja, powstał na początku XX wieku, a dokładniej - na przełomie 1911 i 1912. Wcześniej siedzibą banku był budynek przy na ulicy Kościuszki (ówczesnej Posener Strasse). Mieścił w kamienicy, w której do niedawna był sklep mięsny Józefa Tokarskiego. 

    STATUT 
    Dokumenty związane z przedwojenną historią Banku Ludowego przechowuje prezes Banku Spółdzielczego "Pałuki" w Żninie Irena Starczewska - Bank Spółdzielczy jest bowiem jego następcą prawnym. Dowiedzieć się z nich można, jak mniej więcej wyglądała działalność banku oraz kto nim kierował.
    Przedwojenny bank był spółdzielnią (nie spółką)  z nieograniczoną odpowiedzialnością. Znaczy to, że każdy jego udziałowiec - współwłaściciel - odpowiadał całym swoim majątkiem. W 1935 roku ustalono w statucie spółdzielni, iż wysokość udziału wynosi 3.000 zł. 
    Jak to przeliczyć na dzisiejsze relacje finansowe? Nauczyciel czy urzędnik wtedy zarabiał ok. 150 zł. Przyjmijmy dla uproszczenia, że w tej chwili zarabia 1500 zł. Przy takim założeniu ówczesny wkład spółdzielczy odpowiadałby dzisiejszym 30.000 zł.   
    W statucie spółdzielni zapisano, iż celem jej działalności: "jest podniesienie dobrobytu członków przez dostarczenie im dogodnego kredytu i krzewienie oszczędności". Kredytu udzielano tylko członkom spółdzielni. Członkiem mogła być każda osoba fizyczna posiadająca pełne prawa obywatelskie oraz osoba prawna. Spółdzielnia mogła liczyć co najmniej 10 członków, a o ich przyjęciu decydował Zarząd. Każdy członek mógł mieć do 20 udziałów. Spółdzielnią kierowały: Walne Zgromadzenie, Rada Nadzorcza wybierana co trzy lata (9 osób) oraz Zarząd (3 osoby).
   
LUDZIE
    Długoletnim prezesem Rady Nadzorczej był przed wojną Ignacy Derech - kupiec, mieszkający w małym, parterowym domku - pierwszym po prawej idąc od kościoła Św. Floriana w stronę Rynku. Jego syn - Józef Derech jest dziś emerytowanym sądzią. Córka Ignacego Derecha - Zofia Księska (w latach sześćdziesiątych polonistka w żnińskim LO) tak wspomina ojca:
    - "W czasie zaborów należał do grupy, która nigdy nie paliła świeczek w witrynach sklepowych na imieniny cesarza Wilhelma. Był kupcem, prowadził sklep z konfekcją męską: garnitury, kapelusze koszule, krawaty, skarpety, kurtki, płaszcze, palta. Był bardzo zaangażowany w życie społeczne. Dziesiątki lat śpiewał w chórze "Moniuszko". Reżyserował polskie sztuki teatralne, oprawę muzyczną zapewniał Paweł Piwkowski - ojciec profesora Kazimierza Piwkowskiego. U Niemców był na czarnej liście, w 1939 roku od razu go aresztowali, a potem wszystkich nas wysiedlili do Nowego Targu". 
    Po wojnie Ignacy Derech prowadził sklep do 1951 roku. Potem z powodu obciążenia podatkami zakończył działalność.
    W 1929 roku członkami Zarządu byli: lekarz dr Jączyński, kasjer banku Jan Wilhelm i kontroler banku Wacław Graczykowski. Wszyscy byli ze Żnina. W 1931 roku nowym członkiem zarządu został Alojzy Kowalski, który w czasie I wojny światowej, walcząc w armii kajzerowskiej dostał się do niewoli francuskiej, a do Polski wrócił z armią generała Józefa Hallera. 
    Przed wybuchem II wojny Światowej Zarząd spółdzielni Bank Ludowy tworzyli: Stanisław Graczyk (prezes i dyrektor banku), Mieczysław Cieślewicz i Edmund Rochowicz. 24 sierpnia 1939 roku do zarządu zostali delegowani na czas przejściowy Stanisław Kajdan i Ignacy Derech, ponieważ Stanisław Graczyk i Edmund Rochowicz zostali powołani do wojska.
   
BANK NIEMIECKI
    Po wkroczeniu Niemców we wrześniu 1939 roku Niemcy zmienili bankowi nazwę na Kreissparkasse Ditfurt im Wartheland. Mieszkanie zajął nowy dyrektor Herr Homeier.
    - "Znamienne, że Niemcy już przed agresją na Polskę mieli opracowane obsady personalne stanowisk na zajmowanych terenach" - mówi Marek Graczyk, syn dyrektora Stanisława Graczyka. - "Dyrektor Homeier był niskim grubaskiem, raczej łagodny, nietypowy przedstawiciel "Herrenvolku". Żona wysoka, szczupła, ruda i piegowata, typowa "Niemra", ostra w sposobie bycia" - wspomina wojenne czasy.
    Niemcy połączyli nasz bank ze swoim, który mieścił się na Rynku w żółtej kamienicy po prawej stronie od sądu (po wojnie rozlokowało się tam UB). Po wojnie stało się odwrotnie: bank niemiecki zlikwidowano.  
   
DYREKTORSKIE PIĘTRO
    Budynek banku wyglądał od ul. Sądowej trochę inaczej niż dziś. Na drugim piętrze były balkony, suterena miała okna, wejście zwieńczał półkolisty portal. 
    Na pierwszym piętrze banku mieściło się przed wojną mieszkanie dyrektora: sześć pokoi oraz kuchnia, łazienka i ubikacja. Mieszkanie było zajmowane przez rodzinę Graczyków. 
    Dyrektor banku Stanisław Graczyk, kapitan rezerwy WP, we wrześniu 1939 roku służył w 9. batalionie łączności Armii Pomorze. Dostał się do niewoli niemieckiej. Jego syn, Marek Graczyk mieszkał w banku wraz z matką do grudnia 1942 roku. Później wraz z rodziną został wysiedlony do Małopolski. Po wojnie wrócili do Żnina, a jego ojciec ponownie zajął się kierowaniem bankiem aż do śmierci w 1947 roku. 
    Wieloletni pracownik Narodowego Banku Polskiego Czesław Wodyński w swoich domowych archiwach z pietyzmem przechowuje także zdjęcie zrobione w trakcie budowy nowej siedziby Banku Ludowego przy ul. Sądowej 4. W stawianiu tego budynku jako praktykant murarza uczestniczył ojciec Czesława Wodyńskiego - Antoni. Zofia Wodyńska z uśmiechem na ustach opowiada o dziecięcych latach spędzonych w banku. - "Wszyscy pracownicy byli dla mnie bardzo mili. Dostawałam od nich prezenty" - wspomina.
    Suterena była zajmowana przez rodziną Karola Kakuszki, woźnego banku. W czasie kampanii 1939 r. dostał się do niewoli niemieckiej w czasie bitwy nad Bzurą pod Kutnem. Później pracował w Düren bei Köln w fabryce produkującej kotły dla wojska. Jego żona musiała opuścić mieszkanie. W 1945 roku wrócił do Żnina, podjął pracę w spółdzielni "Rolnik". Córka Karola Kakuszki do dziś mieszka w Żninie. 
    Na strychu w jednopokojowym mieszkaniu mieszkał Edmund Rochowicz. Zatrudniony został w żnińskim banku w 1934 roku. Dziś Edmund Rochowicz ma 98 lat i mieszka w Bydgoszczy. 
    Dzięki uprzejmości jego rodziny możemy zajrzeć do umowy o pracę Edmunda Rochowicza. W chwili zatrudnienia zobowiązał się wypełniać swoje obowiązki sumiennie i gorliwie i zachowywać ścisłą tajemnicę w sprawach spółdzielni, stosować się bezwzględnie do wszelkich zarządzeń, tak członków Zarządu, jak i swych bezpośrednich przełożonych oraz stosować się bezwzględnie do wyznaczonego czasu pracy, który normuje Zarząd i pracować, o ile tego będzie zachodziła potrzeba także ponad ustaloną normę, aż do granic ustawą przewidzianych.
   
SKARBY
    Zanim Edmund Rochowicz trafił do Żnina był mieszkańcem Poznania. Tam był zawodnikiem tamtejszej "Warty". Odnosił sukcesy z drużyną piłki nożnej, grając w rozgrywkach pucharowych między innymi z drużyną PSV Eindoven. Biegał także na długich i średnich dystansach, rywalizując m. in. z Januszem Kusocińskim. 
    Edmund Rochowicz pracował w banku na stanowisku członka zarządu do sierpnia 1939 roku. Tuż przed wojną został powołany do wojska. Po kapitulacji wrócił do Żnina. W grudniu tego samego roku został wywieziony przez Niemców do Generalnego Gubernatorstwa, a dokładnie do Mińska Mazowieckiego. Tuż przed wysiedleniem zdołał ukryć swoje pamiątki - puchary, dyplomy, dokumenty. W 1946 roku Edmund Rochowicz przyjechał do Żnina po zaświadczenie, ale zostawionego skarbu nie odnalazł. Czy dlatego, że go już w skrytce nie było, czy dlatego, że nie miał dostępu do strychu - dziś tego już się nie dowiemy, a sam Edmund Rochowicz - nie pamięta. Pozostaje nam nadzieja, że w czasie jakiegoś remontu natrafimy na niego. 


Remigiusz Konieczka
Pałuki nr 714 (42/2005
)
Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj. Ogłoszenia i reklamy są materiałem zleconym, za ich treść odpowiedzialność ponosi ich nadawca, a nie redakcja lub wydawca gazety.
Copyright 2006-2018 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry