By rozwieźć gazetę musieli pokonać 630 km drogi

Czytelnicy czekają na gazetę, więc musi ona do nich dotrzeć. Zima to utrudnia, ale żadne warunki nie są straszne ludziom, którzy ją rozwożą. Uzbrojeni w łopaty i determinację pokonują przeszkody. Czasami korzystają z pomocy samych czytelników.

Takie warunki w ubiegłym tygodniu nasz reporter napotkał na trasie między Sędowem a Mierucinem   
          fot. Paweł Grządziela

Zima trzyma w najlepsze. Właściwie z każdym dniem na drogach panują coraz gorsze warunki jazdy. Kolporterzy rozwożący Pałuki i Ziemię Mogileńską wyjeżdżają w swoje trasy z punktu w Mogilnie około 5:00. Czwartkowy poranek w ubiegłym tygodniu przywitał ich śnieżycą. Zastanawiali się, czy Stanisław Pyzalski ze Żnina, który o 16:00 wyjechał ze Żnina po gazety do drukarni, dojedzie z nimi na czas. Obawy okazały się zbyteczne. Noc była długa. Zwykle trasa, jaką pokonuje Stanisław Pyzalski, biegnie przez Rogowo i Niestronno. - Pod Nakłem dowiedziałem się, że droga w Niestronnie jest nieprzejezdna - opowiada Stanisław Pyzalski. Podczas telefonicznej konsultacji z działem kolportażu w Żninie zapadła decyzja, że do Mogilna gazety muszą trafić w pierwszej kolejności. Stanisław Pyzalski musiał zmienić trasę i tym razem przyjechał do Mogilna przez Gniezno i Trzemeszno. Na odcinku pomiędzy Trzemesznem a Mogilnem nie obyło się bez użycia łopaty - trzeba było usunąć nawianą na drodze zaspę. Do Mogilna gazety trafiają w środę zwykle około 23:00, jednak w ubiegłym tygodniu dotarły 5 godzin później. Była około 4:00 nad ranem, kolporterzy kończyli już spokojny sen.
WSKAZÓWKI W SKLEPIE
Jako pierwszy z kolporterów w trasę wyjeżdża Paweł Grządziela. Mówi, że tak trudnego kolportażu nie miał od 11 lat, od 1998 r., kiedy to zaczął rozwozić Pałuki. Co tydzień dociera do 50 sklepów. - Ze względu na swoje bezpieczeństwo musiałem jeździć zaśnieżonymi drogami znacznie wolnej niż zazwyczaj - opowiada. W sumie po dostarczeniu gazet do wszystkich sklepów w Mogilnie, okazało się, że miał zaledwie 45 minut opóźnienia. Kłopoty zaczęły się po wyjechaniu z miasta. - Z Twierdzinia zamierzałem dojechać drogą do Dąbrówki. Właścicielka sklepu odradziła mi, ponieważ jadąc tą drogą do swojego sklepu utknęła w zaspie, gdzie czekała godzinę na pomoc. Dlatego wróciłem na drogę wojewódzką i udałem się do Wszednia. Stamtąd przez Sędowo, przez bardzo zasypaną drogę dojechałem do Mierucina (gm. Dąbrowa), skąd drogą biegnącą przez las zamierzałem dojechać do sklepu w Wierzejewicach (gm. Janikowo) - opowiada Paweł Grządziela. Niestety, na drodze stał spych, który utknął na środku drogi w zaspie. W związku z tym nasz kolega zmuszony był wrócić przez Dąbrowę do Mogilna. Stamtąd, jadąc przez Dąbrówkę i Kołodziejewo, dojechał do Wierzejewic. Niespodzianka czekała go również na trasie z Trląga do Głogówca. Tam jechał odśnieżonym na szerokość jednego samochodu wąwozem. Dowiedział się, że droga do Dębiny jest prawdopodobnie przejezdna, ponieważ chwilę wcześniej  jechał tamtędy bus. - Co prawda do sklepu dotarłem, ale kierując się do Kołodziejewa, natknąłem się na wcześniej wspomniany bus, który ugrzązł w szczerym polu w zaspie. Pozostało mi tylko wrócić się do Głogówca, stamtąd do Trląga i okrężną drogą przez Kołodziejewo dojechać do Mogilna - dodaje Paweł Grządziela W sumie dostarczenie Pałuk do wszystkich sklepów zajęło mu 2 i pół godziny dłużej niż zazwyczaj. Pokonał w tym dniu 160 km.
W OLSZY POMÓGŁ WŁAŚCICIEL
Drugi w trasę wyjeżdża Paweł Lachowicz. W ubiegły czwartek wyjechał w trasę jak zwykle o 5:00 rano. O tej godzinie drogi nie były jeszcze odśnieżone, tym bardziej te boczne. Już dojeżdżając do pierwszego sklepu w Olszy zakopał się w zaspie. Do sklepu miał jeszcze około 150-metrowy odcinek. Paweł obudził właściciela sklepu, który wyszedł z łopatami i wspólnie zabrali się do odkopywania samochodu. Jednak i to na niewiele się zdało. Trzeba było pod koła podłożyć deskę. Wtedy samochód obciążony gazetami ruszył z miejsca. - To była taka poranna zaprawa. Zastanawiałem się tylko, co czekać mnie będzie dalej - opowiada. Następnymi punktami, do których nie można było się przedostać, były sklepy w Gozdaninie i Zbytowie. Tam też gazety dostarczone zostały w drodze powrotnej, gdy drogi były już odśnieżone. - Ponieważ z Gębic nie mogłem dostać się do Zbytowa, wróciłem na drogę wiodącą do Orchowa. Do Dzierzążna dojechałem bez problemu. Natomiast trudności napotkałem w Procyniu - opowiada Paweł Lachowicz. Tam kolporter w odległości 200 m od sklepu natknął się na 30-metrową zaspę, w której już stał zakopany samochód. Zawrócił więc i pojechał do Różanny. Ponieważ właścicielem sklepu w Różannie jest ta sama osoba, co sklepu w Procyniu, kolporter zostawił u niego Pałuki. - Umówiliśmy się, że gdy odśnieżą drogę, to właściciel sam dowiezie gazety do Procynia - dodaje. Gdy Paweł Lachowicz dotarł do kolejnego punktu, tym razem w Osówcu, ekspedientka w sklepie przywitała go bardzo gorąco. Powiedziała: - No skoro „Pałuki” dojechały, to warunki na drodze nie mogą być aż tak straszne. Z rozwiezieniem Pałuk na terenie Jezior Wielkich nasz kolporter nie miał większych trudności. Jedynym problemem były drogi odśnieżone na jeden pojazd, co stwarzało problemy w komunikacji. By wszędzie dotrzeć z gazetami przebył 150 km.
DO KAMIEŃCA RAZEM Z CHLEBEM
Wiele dróg, którymi zawsze jeździł Jacek Sumisławski, musiał omijać  i zataczać dodatkowe kółka, wykonując blisko 20 km ponad cotygodniową normę. Z gazetami wyjeżdża z Mogilna około 5:30. Po 6 godzinach jest zwykle z powrotem. Tym razem wrócił do redakcji dopiero o 14:00. Na domiar tego nie dostarczył gazet o zwykłej porze do Kamieńca, ponieważ jeszcze o tej godzinie nie było tam przejazdu. - Ciągnik, który w tym miejscu odśnieżał, wykonywał dosłownie tunel, ale w rezultacie sam utknął w poprzek drogi w zaspie. Trzeba było całkowicie się wycofać - opowiada Jacek Sumisławski. Po przyjeździe do Mogilna zabrał łopaty i wraz z bratem Krzysztofem pojechali zawieźć Pałuki do Kamieńca. - Dopiero około 13:00 spych przedostał się do Kamieńca i myśmy też jakoś szczęśliwie tam dojechali - dodaje. Nikt nie był jednak zdziwiony, że Pałuki dotarły tam dopiero po południu. Ludzie sami dopiero przez odśnieżone drogi dotarli do sklepu po chleb i mleko. Tak jak co tydzień, z chlebem kupili razem Pałuki.
PAŁUKI POJECHAŁY CIĄGNIKIEM
Jako ostatni w trasę wyjeżdża Robert Storozum. Ma on do pokonania blisko 140 km. W ubiegły czwartek rozwożąc Pałuki nadłożył około 20 km drogi.  Zazwyczaj kolportaż zajmuje mu 5 godzin. W czwartek wrócił do redakcji dopiero około 12:00, zajęło mu to 1,5 godziny więcej. Kolporter musiał omijać zasypane wioski, kierując się do nich objazdami, bądź okrężnymi drogami. - W miejscach, gdzie rano drogi były nieprzejezdne, zawiozłem gazety w drodze powrotnej, kiedy zostały już odśnieżone, ale okazało się, że rano ze względu na trudne warunki na drogach sklepy te były jeszcze zamknięte w związku z tym klienci, którzy zawsze kupują „Pałuki” nie zauważyli nawet, że w ten dzień dojechały one trochę później - powiedział Robert Storozum. W tym dniu Robert nie jeździł według ustalonego harmonogramu. Scenariusz pisało życie: - Gdzie była droga przejezdna, jechałem. Gdzie ludzie sugerowali, że nie ma co dalej jechać rezygnowałem i zawiozłem tam gazety w drodze powrotnej. Dochodziło nawet do sytuacji, w których czytelnicy sami dowozili gazety. Taki przypadek był w Ciechrzu. Tam w sklepie Robert zostawił gazety i szykował się w dalszą trasę, tym razem do Górek. W trakcie rozmowy z mieszkańcami  dowiedział się jednak, że Górki są całkiem zasypane i nie da się do nich przebić. Akurat w sklepie jeden z mieszkańców Górek robił zakupy, dotarł tu ciągnikiem. Zobowiązał się, że pomoże i sam zawiózł Pałuki do sklepu w Górkach. Niektórzy nasi czytelnicy widząc kolportera dziwili się, jak on w ogóle dotarł do danego sklepu. - Nasza gazeta bez względu na wszystko zawsze dojeżdża do każdego czytelnika - podsumowuje Robert Storozum.

     W czwartek, 28 stycznia byliśmy jedyną gazetą, która dotarła do czytelników. W kioskach Ruchu i sklepach nie było codziennej prasy, gdyż samochód wiozący wcześnie rano gazety miał pod Łabiszynem wypadek.


Magdalena Lachowicz

Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 938 (5/2010)

Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj. Ogłoszenia i reklamy są materiałem zleconym, za ich treść odpowiedzialność ponosi ich nadawca, a nie redakcja lub wydawca gazety.
Copyright 2006-2018 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry