Tekst wygłoszony na konferencji: Media lokalne a demokracja lokalna, zorganizowanej przez  Wyższą Szkołę Informatyki i Zarządzania.


    Odróżnijmy najpierw prasę prywatną - niezależną od władz samorządowych - od prasy samorządowej. Najpierw o relacjach z samorządem tej pierwszej.
    NIEZALEŻNA GAZETA LOKALNA A SAMORZĄD
    Redaktor naczelny wydawanego przez wydawnictwo Wulkan tygodnika „Pałuki i Ziemia Mogileńska” Marek Holak stwierdza kategorycznie: „O współpracy niezależnej gazety lokalnej z władzą samorządową mowy być nie może. Gdzie się zaczyna współpraca - tam jest uzależnienie, a niezależna gazeta lokalna w żaden sposób zależna od władzy być nie może”. Dlaczego? Jeśli gazeta nie ma być tubą rządzących, lecz głosem opinii publicznej, nie może mieć z władzą żadnych związków, poza zadawaniem pytań.

    To skrajny pogląd. Myślę, że klarowny i wart polecenia. Niezależna gazeta lokalna, która ma w swym profilu równy dystans do wszystkich sił politycznych, społecznych, sportowych, gospodarczych i wszelkich innych, wypełnia swój obowiązek społecznej kontroli władzy. Czyni to:
    a) już poprzez to samo, że jest: decyzje podejmowane są inaczej, gdy się ma świadomość, że przeczyta się o nich na pierwszej stronie gazety, niż wtedy, gdy nikt się o ich uzasadnienie nie pyta;
    b) przez to tylko, że poinformuje się o tym czy o owym i ludzie mają o czym mówić w kolejkach do bankomatów;
    c) poprzez ustosunkowanie się do spraw publicznych, poprzez komentarz, prezentację własnej opinii, udział w dyskusji publicznej, poprzez pomoc w definiowaniu problemów, ocenę działalności władzy.
    Władze samorządowe - zarówno gminne, jak i powiatowe - to dla niezależnej gazety lokalnej nie zawsze łatwy partner. Od kiedy wkroczyłem na wydawniczy szlak, towarzyszy mi dziecięce zdumienie, że informację o tym, co nie może z zasady być tajne (szczególnie po uchwaleniu ustawy o dostępie do informacji publicznej) uzyskać trudno lub bardzo trudno. Proszę, by te z samorządów lokalnych, gdzie rzecz wygląda inaczej wiedziały, że są wyjątkami, których nie miałem szczęścia poznać. Generalnie nasze władze samorządowe nie są mentalnie dojrzałe do prowadzenia otwartej polityki.
    Przychodzę jako reporter do sekretarza burmistrza i pytam: jakie decyzje podjął pan burmistrz w ostatnim tygodniu? Uśmiechnięta sekretarka daje mi segregator z decyzjami (sekretarz pracuje i będzie miał czas dla mnie, jeśli po zapoznaniu się z materiałami będę ewentualnie chciał jakieś pytania zadać). „- A może życzy pan sobie dokumentację rozstrzygniętych wczoraj przetargów? Proszę. Oto projekty uchwał na czwartkową sesję. Tu są warianty wraz z uzasadnieniami. Aha - zapomniałabym - prosił pan o wydatki, ponoszone na szkoły w całej gminie. Tu tabelka z wyszczególnionymi osobno kosztami ogrzewania, płace, dzierżawa. Tu spis klas, liczba dzieci na dziś i demografia dla każdej szkoły, począwszy od dzieci urodzonych w zeszłym roku. Burmistrz prosił o przekazanie, że jest wdzięczny za ostatnie zestawienie średnich z egzaminów sprawdzających w szkołach podstawowych, pana komentarz - choć burmistrz uważa pana krytykę za niesłuszną - posłuży jako tezy do dyskusji na posiedzeniu komisji”.
    To nie bajeczka dla grzecznych dzieci. Tak w świetle ustaw mogłaby wyglądać wizyta reportera gazety lokalnej u burmistrza. Ale nie wygląda. Moje dziecięce zdumienie dotyczy zawsze tego, jak można prowadzić takie public relations, że w ich efekcie kanwą artykułu prasowego staje się często nie MERITUM sprawy, tylko to, jak próbujemy się czegoś dowiedzieć, co władza robi, aby nam uniemożliwić dotarcie do wiedzy i jak nas ignoruje. Tak jest zbyt często. A jakie to marnowanie czasu, celulozy i wysiłku społecznego, który można by obrócić na budowanie
    Władza samorządowa zdaje się nie rozumieć, że
    a) im więcej informacji w narodzie, tym większe zaufanie do władzy;
    b) rządzeniu MUSI towarzyszyć ciągła weryfikacja decyzji władzy przez wszystkich;
    c) jawność decyzji , których trzeba bronić, wymusza wysoki standard pracy w całym urzędzie.
    Władza samorządowa wie za to bardzo dobrze, że:
    a) jawność decyzji, których trzeba bronić, powoduje konieczność zatrudniania zgodnie z kompetencjami, a nie z koneksjami rodzinnymi czy partyjnymi i dlatego warto zbudować mur, a krytykę traktować jak podniesienie ręki na tabu;
    b) jawność decyzji, jawność danych, uzasadnień - to możliwość błyskawicznego obnażenia błędów i dlatego lepiej wszystko trzymać pod suknem i nic nie ujawniać;
    c) sytuacja oblężonej twierdzy jest prostsza psychicznie i intelektualnie niż rozdawanie materiałów, które mogą posłużyć do krytyki (tę krytykę trzeba by następnie przyjąć czy odrzucić - po co taki ambaras)?
    Czego oczekuje władza od dziennikarzy?
    a) aby pisali o tym, co władza uznaje za ważne;
    b) aby nie pisali o tym, o czym - zdaniem władzy - nie należy pisać;
    c) aby nie było niesłusznej krytyki.
    Tymczasem:
    a) redakcyjne decyzje, co jest ważne, a co nie jest ważne, muszą być podejmowane przez pracowników gazety, a nie samorządu  - w tym jest sens bycia gazetą;
    b) istnieje odpowiedzialność zarówno za to, co się opublikowało, jak i za to, czego się nie opublikowało;
    c) z krytyką działalności władzy lokalnej krytykowani zgadzać się nie muszą - burmistrz ma prawo uważać, że dobrze robi (np. kupując toyotę corollę dla urzędu i jednocześnie likwidując trzy szkoły), dziennikarz ma prawo napisać, że jest to arogancja. 
    Relacje między niezależnymi gazetami lokalnymi i samorządami lokalnym są złe. Dotąd skupiałem się nad tym, jak trudno samorządom stanąć na wysokości zadania. Daleki jestem jednak od tego, aby nie widzieć tego, co te stosunki pogarsza z winy gazet. Oto lista najpoważniejszych grzechów prasy lokalnej, jakie dostrzegam:
    1. Posługiwanie się argumentami ad hominem. Wymawianie komuś, że był np. komunistą. Krytyka człowieka, nie jego działalności. Warto, by w tej mierze wszyscy redaktorzy pamiętali o przesłaniu bł. matki Marii Karłowskiej, patronki Pałuk - „Czyn oceniaj, nie człowieka”.
    2. Korona na głowie. Przysyła burmistrz sprostowanie, które nie jest sprostowaniem, lecz polemiką połączoną z połajankami. Czy gazeta musi to opublikować? Nie musi, może odmówić ze względu na brak rzeczowości. Czy jednak naczelnemu spadnie z głowy korona, jeśli to opublikuje? Nie spadnie. Czy musi list skomentować? Czy ostatnie słowo musi naleźć zawsze do niego? Nie musi. Sam krytykuje ile wlezie, ale zamieścić krytykę własnego tekstu to nie łaska? Nawet niesłuszną?
    3. Oparcie krytyki na emocjach, a nie na wartościach. Szafowanie demagogicznym oburzeniem („To skandal!”), miast skupiania się na wykazywaniu związków między faktami i rozjaśnianiu przyczyn. Nieumiejętność czynienia publicznego życia bardziej zrozumiałym.
    4. Brak grzeczności, kindersztuby, niedocenianie roli ubioru w kontaktach międzyludzkich i aprioryczne przekonanie, że każda wiadomość od każdego należy się na wczoraj.
    5. Wdawanie się przy zbieraniu materiału w dyskusje, prezentowanie własnego zdania za zewnątrz w inny sposób, niż za pomocą komentarza umieszczonego na łamach gazety. Zbyt częste zapominanie, że podstawowym narzędziem pracy dziennikarza jest pytanie (nawet, gdy konfrontuje racje), a wdawanie się w dyskusje stwarza wrażenie, że dziennikarz ma już swoją tezę - nie jest więc zdolny do obiektywizmu.
    6. Jawnie nierówny dystans do wszystkich sił politycznych, uprawianie własnej polityki, bicie we władze nie z pozycji niezależnego medium, a z pozycji gracza politycznego (ten grzech bardzo jest nierówno rozłożony - zazwyczaj jakieś gazety nie dotyczy wcale, a innej dotyczy w stopniu karykaturalnym).
    Oczywiście pogląd Marka Holaka na temat redakcji samorząd - media: „zero współpracy”, jaki przytoczyłem na wstępie nie jest poglądem jedynym. Drugi z naczelnych wydawnictwa Wulkan ma podejście do sprawy nieco inne, co nie znaczy, że łatwiejsze. Są płaszczyzny współpracy - na przykład festyn archeologiczny, targi rolne, plebiscyt sportowy czy inne. Obie strony muszą być jednak świadome, że współpraca nie oznacza uzależnienia. Burmistrz, który wczoraj wręczał nagrody sportowcom wybranym przez czytelników gazety, nie pojechał odwiedzić pogorzelców? Niestety - jak się obrazi to się obrazi, ale ręka naczelnego (czy redaktora) musi skierować do druku ten materiał niezależnie od okoliczności. Nawet, jeśli istnieje ryzyko, że tą publikacją przesądza o końcu współpracy przy plebiscycie. 
    SAMORZĄDOWA GAZETA LOKALNA A SAMORZĄD
    Gazety wydawane przez samorząd nie mają szansy na spełnienie ról, stojących przed lokalnym medium. Tu do kogo innego nominalnie gazetę się adresuje (mieszkańcy), a kto inny ją finansuje. Bo nie słyszałem o wydawanej przez samorząd gazecie, do której by ów samorząd nie dokładał. Jeśli nawet sprzedaż pokryje koszt druku, to pensje już idą z budżetu gminy (czasem ukryte w kosztach funkcjonowania domu kultury), dostarcza się nakład do kiosków służbowym wozem, kupuje się sprzęt nie z pieniędzy zarobionych przez gazetę (i opodatkowanych), lecz z gminnych. Tak więc samorząd gazetę wydaje, samorząd ją finansuje i samorząd chce czytać to, za co płaci.
    W zasadzie można by wydrukować jeden egzemplarz na złotej folii, zamieścić tyle fotografii burmistrza, ile jest stron, przynieść dzieło do gabinetu, położyć na biurku i w  pokłonach, bez odwracania się opuścić gabinet. Oto idealny model relacji gazety samorządowej z samorządem.
    Z natury rzeczy gazeta samorządowa nie może pełnić funkcji kontrolnej. Podległy burmistrzowi naczelny, który go krytykuje? Gdzie realizacja wspólnych z pracodawcą celów? Wiceburmistrz, będący naczelnym, który krytykuje decyzje radnych? Ludzi, których wolę ma realizować?   
    Albo inna sytuacja. Gazeta opisuje przejęcie dawnego PGR-u przez dzierżawcę i jego kontrowersyjne decyzje. Dzierżawca przyjeżdża do burmistrza i pyta: „- Proszę pana, czemu Pan mi psujesz interes? Ja płacę podatki, z których Pan masz pensję. Czy powinno być tak, że samorząd, który powinien być bezstronny, działa w interesie mojej konkurencji?”  
Z tych powodów gazety samorządowe są jałowe, zazwyczaj nie podejmują gorących tematów, o których mówi całe miasto, a jeśli już je podejmują - zazwyczaj jest to odzwierciedlenie walki między jakimiś samorządowymi frakcjami.
    Gazeta samorządowa działa więc zawsze w interesie samorządu (lub jego części) wąsko pojmowanego - jako władza. Samorząd zaś sensu largo - jako wspólnota wszystkich mieszkańców gminy  czy powiatu - nie jest (z powyżej wymienionych względów) najważniejszym punktem odniesienia dla tych, którzy gazetę samorządową redagują.   
    Nawiązując do zacytowanej powyżej wypowiedzi dzierżawcy, przedstawię słowa wydawcy niezależnej gazety, skierowane  do przewodniczącego Rady Miejskiej: " - Proszę pana, płacę podatki, i to niemałe. Rada dysponuje tymi pieniędzmi. I zamiast w ramach rozwijania gminy podwyższyć dodatki nauczycielom, za moje pieniądze robicie mi konkurencję". I przedstawia wyliczenie, z którego wynika, że za pieniądze, wydane rocznie na gazetę rada mogłaby wykupić co tydzień półtorej strony w nakładzie 10.000 egzemplarzy, zamiast wydawać pismo, którego rozchodzi się 300 sztuk. Zakończy słowami: " - Wiem, że nie podoba Wam się to, co piszemy, wiele razy o tym mówiliście na sesji. Ale fakty są faktami, a opinie możemy mieć takie, jak nam się podoba".   
    Przewodniczący Rady na takie dictum zrobi dziwną minę, powie coś o totalitarnej chęci kneblowania przez wydawcę władzy i o tym, że dziś każdy musi się promować, samorząd też. I samorządy prowadzą promocję własnej działalności, nie zważając na to, że za ten promocyjny druk każą ludziom jeszcze płacić.
    Często gazetę samorządową podpina się pod dział promocji gminy. Myliłby się jednak ten, kto by myślał, że jest to promocja gminy wobec inwestorów, którzy mieliby założyć w gminie fabryki, wobec turystów, którzy mieliby zostawić w gminie pieniądze. Nie. To promocja działań burmistrza skierowana do mieszkańców, którzy mają się dowiedzieć wyłącznie tego, że ich burmistrz rządzi mądrze, odpowiedzialnie, godnie i z pożytkiem dla wszystkich mieszkańców gminy. I wybrać go na następną kadencję. Tak ze środków podatników za pośrednictwem działu promocji gminy robi się kampanię wyborczą. Burmistrz jednego z miast na południu Wielkopolski mówi o tym tak: „- Kto nie ma gazety - przegrywa wybory”.
    Zacytuję innego wydawcę: "Dlaczego starosta chce wydawać własną gazetę, skoro istnieje taka, która dużo o pracy starostwa pisze? Czy ta istniejąca pisze źle i nieprawdziwie? Ale gdyby pisano źle i nieprawdziwie, to starosta może żądać sprostowania (i to za darmo). Chyba, że pisze źle i prawdziwie. Wtedy jest problem, bo sprostowania dać nie można."
    Cel wydawania prasy samorządowej zazwyczaj jest jeden - stworzyć przeciwwagę gazecie prywatnej, która śmie krytykować decyzje podejmowane przez radę, śmie publikować wynagrodzenie burmistrza i diety radnych, stawia kłopotliwe pytania i publikuje informację, że każda firma, wygrywająca w gminie przetarg na prace, w których zakresie jest jakaś robota koparką, zatrudnia zawsze zięcia burmistrza (a przecież to już jest sprawa tych firm, kogo biorą za podwykonawcę, czego w tej gazecie się czepiają?).  
    Czasem jednak jest tak, że nikt się w powiecie za działalność prasową nie bierze. Wtedy samorząd dumny jest z tego, że ratuje komunikację społeczną na poziomie lokalnym i macha ręką na moje wywody. A czy pomyślał, że tworząc tę gazetę w oparciu o zaplecze budżetu, zajął miejsce na rynku i stworzył dużą barierę wejścia dla prywatnego wydawcy, który mógłby stworzyć w tym powiecie naturalny układ, przyczyniający się do lepszej kontroli społecznej samorządu terytorialnego?   
    Bez wahania stawiam tezę, że brak niezależnej gazety lokalnej w powiecie jest niekorzystny dla rozwoju w nim mechanizmów demokratycznych. A powiat, w którym to bardzo silne lokalne medium leży w rękach samorządu i w którym nie ma żadnej niezależnej gazety przypomina mi afrykańskie bananowe republiki, gdzie wszystko jest w rękach jednego kacyka.   
    Na koniec przytoczę dwie opinie, wygłoszone w Falenicy podczas Pierwszego Kongresu Niezależnej Prasy Lokalnej w 2000 roku. Profesor Ireneusz Krzemiński : „ - Polska niezależna prasa lokalna jest w tej chwili najsilniejszym elementem społeczeństwa obywatelskiego”. Premier Jerzy Buzek: „- Jesteście rdzeniem i głównym strażnikiem polskiej demokracji”. Polska niezależna prasa lokalna jest filarem lokalnej demokracji.

DOMINIK KSIĘSKI
wydawca i redaktor naczelny tygodnika "Pałuki"
Rzeszów, 28 października 2004
Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj. Ogłoszenia i reklamy są materiałem zleconym, za ich treść odpowiedzialność ponosi ich nadawca, a nie redakcja lub wydawca gazety.
Copyright 2006-2018 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry